Fragmenta Floristica et Geobotanica Finita

Czasopisma naukowe mają swoje profile. Niektóre publikują wyniki przełomowych badań, których skutki mogą się objawić w praktyce lub innych badaniach. Artykuły takie są cytowane i przynoszą prestiż ich autorom. Ale są też inne.

Nie, nie będę pisał o tzw. pismach drapieżnych, które opublikują wszystko za odpowiednią opłatą, a więc z reguły rzeczy mało rzetelne, które nie przeszłyby procesu recenzji. Są wydawnictwa, które ciężko określać drapieżnymi, bo publikują za darmo. Jest jedno znane, które ma w nazwie angielskie miasto akademickie i postępuje w ten sposób. Niektórzy nazywają je drapieżnym albo prawie drapieżnym, co w złym świetle stawia publikowane tam prace, a nie do końca jest słuszne. To prawda, mogą tam się znaleźć książki kiepskie, ze skanami z innych publikacji; autor czasem nawet się nie stara, żeby z drugiej strony nie przebijał druk (a redakcja najwyraźniej to lekceważy). Ale są i prace doktorskie, a nawet habilitacyjne – autorom nie chciało się użerać z bardziej wymagającymi redakcjami, ale merytorycznie nie można im nic zarzucić. Ostatnio wpadła mi w ręce praca anglisty, amatora mokradeł, który pisał o zawiłych próbach dopasowania angielskich i polskich nazw typów mokradeł.

Oprócz pism prestiżowych i drapieżnych występują czasopisma nastawione na artykuły, które nie są przełomowe, nie zwiastują nowych trendów, w pewnym sensie są niszowe i prawie nikt ich nie cytuje. Są wśród nich tytuły opisujące lokalne obserwacje florystyczne czy faunistyczne. Czasem mówi się o nich, że uprawiają XIX-wieczną naukę – a to podwójne przekłamanie.

Po pierwsze, już w XIX w. istniały czasopisma publikujące artykuły z nauk eksperymentalnych, po drugie – nadal jest zapotrzebowanie na informacje o bieżącej różnorodności biologicznej. Owszem, artykułu o ćmach powiatu ostródzkiego nie zacytuje pismo biomedyczne ani nawet entomologiczne. Ale żeby napisać artykuł przeglądowy o ćmach Polski, trzeba zebrać dane z mniejszych obszarów. Żeby napisać o inwazji jakiegoś gatunku (np. w stylu opisanym tutaj kiedyś), też dobrze byłoby mieć informacje z różnych miejsc. Takie dane zasilają np. bazę Global Biodiversity Information Facility, która ma ambicję opisania bioróżnorodności całego świata.

Coraz więcej tego typu informacji zbiera się poza literaturą naukową. Pisałem kiedyś o bazach danych na temat niektórych gatunków. No właśnie – „niektórych”. Duża grupa organizmów nadal nie ma takich baz.

Artykuły w formie spisów gatunkowych danego obszaru lub notatek o nieopisanym dotąd stanowisku danego gatunku mogą pisać naukowcy, ale też zaawansowani amatorzy. Takim tekstem był list do redakcji „The Philosophical Transactions of the Royal Society” – angielski handlarz opisał znalezisko, biały bursztyn, i zrelacjonował po raz pierwszy toksyczny zakwit sinicowy (zignorowany przez elitę naukowców), o czym też tutaj wspominałem.

Sam nie jestem teraz aktywnym naukowcem, ale udało mi się znaleźć dwa stanowiska pewnej rośliny niezbyt rzadkiej w skali Polski, a nienotowanej w regionach jezierzy morskiej (o czym też pisałem). Takie notatki mogą być skutkiem ubocznym obserwacji terenowych, prowadzonych np. podczas oceny oddziaływania inwestycji na środowisko itp. działalności bardziej praktycznej niż naukowej.

Takie publikacje mają też trudną do zmierzenia wartość popularyzatorską. Mogą je publikować pasjonaci przyrody pracujący nie w nauce, a w edukacji, administracji i innych branżach, które nie mają z przyrodą nic wspólnego. Dla lokalnej społeczności to czasem istotne, że czasopismo naukowe publikuje pracę o chabaziach z nieużytku, który wydaje się niczym innym niż działką budowlaną.

Mogą być też niejako skutkiem ubocznym badań terenowych prowadzonych przez naukowców pełną gębą. Znam autorów, którzy mają w dorobku publikacje w i „Nature” (też pisałem), i we „Fragmenta Floristica et Geobotanica Polonica”, jednym z pism do publikacji notatek. Jak pisałem, mimo że wśród polskich ewaluatorów nauki, od których zależy m.in. przyznawanie grantów, biologia środowiskowa jest nisko ceniona, to wyniki tych badań trafiają nieraz do pism z wyższej półki niż wyniki badań biologów molekularnych. Przy ewaluacji punktowej takiego naukowca oczywiście publikacja notatki florystycznej czy faunistycznej prawie się nie liczy, ale nie na punktozie kończy się działalność naukowa.

Niestety, najwyraźniej nie przemawia to nadal do polskiej elity naukowej. Niedawno na stronie „Fragmenta Floristica et Geobotanica Polonica” pojawił się komunikat:

„Informujemy, że z dniem 1 stycznia 2021 r. wstrzymane zostaje wydawanie ogólnopolskiego czasopisma naukowego Fragmenta Floristica et Geobotanica Polonica. Decyzja ta została podjęta przez Dyrekcję Instytutu Botaniki im. W. Szafera Polskiej Akademii Nauk (wydawcę) po przeanalizowaniu aktualnej sytuacji, w szczególności w kontekście zaleceń sformułowanych przez Radę Kuratorów II Wydziału PAN”.

Zaleceń nie znam i nie wiem, jak przebiegła analiza. Niemniej w świetle tego, co wyżej, mam wątpliwości, czy to dobra decyzja. Wątpliwości ma też Sekcja Taksonomii Roślin Polskiego Towarzystwa Botanicznego. W liście otwartym, który można przeczytać tutaj, więc nie będę go streszczał, zaznacza, że wbrew pozorom pozycja tego pisma nie jest marginalna. Przygotowała również petycję.

Nie wiem, czemu ma służyć ta decyzja. Istnienie czasopisma w żaden sposób nie obniża poziomu polskiej nauki. Oczekiwanie, że po likwidacji pisma botanicy zaczną masowo produkować artykuły dla „Nature”, byłoby myśleniem magicznym, o które ciężko podejrzewać PAN. Nic dobrego dzięki temu się nie zyska, a tylko coś się straci.

Petycję podpisałem, ale jestem pesymistą. Polska Akademia Nauk od co najmniej ćwierćwiecza dowodzi, że biologia środowiskowa prawie nie jest warta jej uwagi. Wskazują na to m.in. losy niegdysiejszego Instytutu Ekologii PAN, przekształconego w jednostkę niższej rangi, a w końcu zlikwidowanego. Należąca do niego stacja hydrobiologiczna w Mikołajkach została oddana Instytutowi Biologii Doświadczalnej PAN. Co ciekawe, zdarzało mi się widzieć różne listy intencyjne w sprawie powołania kolejnych instytutów, centrów itp., które w zasadzie zajmowałyby się tym, co zlikwidowany IE PAN lub jego stacja hydrobiologiczna. Jak tymczasem twierdziły władze akademii, to wielka szkoda, że nie ma takiej instytucji. No cóż…

Piotr Panek

fot. Piotr Panek, licencja CC BY-SA 4.0