Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
niedowiary - blog (szalonych) naukowców niedowiary - blog (szalonych) naukowców niedowiary - blog (szalonych) naukowców

13.10.2017
piątek

Kaczka się nazywa

13 października 2017, piątek,

Marcin Nowak w przedostatnim wpisie wspomniał o krytyce nowego, systematycznego nazewnictwa ssaków, np. w zakresie fok. I owszem, kilka dni temu byłem świadkiem, jak jeden zoolog szydził z nazw typu szarytka (dawniej jedna z fok) czy uszanka (dawniej jedna z uchatek).

No cóż, nie każdemu te nazwy muszą się podobać, ale ktoś, kto na co dzień zajmuje się wodożytkami, błotniarkami i zatoczkami, niekoniecznie powinien argumentować, że zoolodzy nie powinni wymyślać nowych nazw. Nie udawajmy, że wymienione nazwy ślimaków są ludowe – je też kiedyś wymyślili jacyś zoolodzy.

Argument przeciw szarytce mógłby być inny. Otóż nazwy tej przez jakiś czas używali ornitolodzy dla jednej z sikorek. Było to stosunkowo niedawno, gdy przyjęto konwencję, żeby nazwy ptaków w miarę możliwości były jednoczłonowe. I tak sikora modra stała się modraszką, pokrzewka czarnołbista kapturką, a silora uboga właśnie szarytką. W żargonie ornitologiczno-ptasiarskim, nawet gdy dany gatunek miał nazwę dwuczłonową, jak orzeł przedni, pojawiały się półżartem nazwy typu przedniak.

Dopóki sprawa dotyczyła awifauny Polski czy nawet Europy i Śródziemnomorza, sprawa zwykle była dość prosta. Dudek to dudek, jemiołuszka to jemiołuszka i już. Ale w Japonii jest już inny gatunek jemiołuszki, a na Wyspie Św. Heleny znaleziono szczątki innego gatunku dudka. Można było przyjąć wersję znaną z wielu innych grup organizmów – dla gatunków polskich i bardziej znanych (np. hodowanych) gatunków egzotycznych używać nazw polskich, dla pozostałych naukowych. Swoją drogą są dziedziny, w których i dla polskich gatunków już się nie wymyśla nazw od dziesięcioleci.

Tak jest w przypadku glonów chociażby. Jeszcze w połowie XX wieku, publikując opracowania polskiej flory jakiejś grupy, polscy fykolodzy podawali polskie nazwy. Czasem bardziej swojskie, jak toczek czy skrętnica, czasem tylko spolszczone pro forma w stylu Nitschia – niczia. Jednak w końcu stara gwardia fykologów odeszła, a nowi zaczęli takie rewolucje w systematyce, że już nikt się nie sili na wymyślanie polskich nazw dla nowo wyodrębnionych rodzajów czy gatunków. Stąd nawet tak polski gatunek okrzemki, jak Diatoma polonica, o którym kiedyś pisałem, nie ma polskiej nazwy.

W przypadku większych organizmów (z mniej licznych grup) co jakiś czas ktoś się zabiera za próbę ponownego przeglądu polskich nazw dla polskich gatunków. Tak powstała np. „Krytyczna lista roślin naczyniowych Polski” Mirka i in. z 2002 r. i „Katalog mchów Polski” Ochyry, Żarnowca i Bednarek-Ochyry z 2003 r. W tej drugiej książce można znaleźć nazwy takie jak wodnokrzywoszyj rzeczny czy tęposz nadbrzeżny. W pierwszej z kolei autorzy uznali, że skoro w literaturze naukowej np. z rodzaju Chrysanthemum, po naszemu złocień, wyłączono nowe rodzaje DendranthemaLeucanthemum. Ten pierwszy więc nazwano chryzantema, a drugi jastrun. Obie te nazwy funkcjonowały już w języku polskim, więc przynajmniej autorzy nowej listy nie wymyślili ich od zera, związek z rzeczywistym ich użyciem w języku potocznym jest bardzo luźny. Ja zresztą nie podejmuję się rozróżniania, która chryzantema sprzedawana pod cmentarzem to „chryzantema”, a która „złocień”. (Na marginesie: i tak większość osób, widząc „jastruna właściwego”, nazwie go „margerytką”, paru botaników nazwie go „Leucanthemum vulgare„, a nową nazwą polską pewnie nie nazwie go nikt). Również w 2003 r. pojawiła się publikacja aktualizująca nazwy grzybów – „Krytyczna lista wielkoowocnikowych grzybów podstawkowych Polski” Wojewody. Wtedy np. pieniążek niemiły zmienił nazwę na łysostopek niemiły (jako że wyodrębnienie nowego rodzaju Gymnopus nastąpiło kilka lat wcześniej).

To nowe spolszczenie z przełomu wieków było aktualizacją nazewnictwa funkcjonującego mniej więcej od połowy PRL. Tamto z kolei było aktualizacją nazewnictwa przyjętego w międzywojniu. (Większość nazw funkcjonuje więc tak naprawdę od początku XX wieku, a niektóre sięgają czasów księdza Kluka, czyli pierwszego przełożenia prac Linneusza na polski). Ale od tego czasu minęło już kilkanaście lat, i choć w przypadku roślin naczyniowych i mchów nie ma aż takich rewolucji jak w przypadku glonów, to jednak wiele nazw polskich już nie odpowiada nowym nazwom naukowym. Na przykład rodzajowi Coprinus miał odpowiadać rodzaj czernidłak, ale od czasu publikacji Wojewody np. czernidłak szaroblaszkowy, wówczas Coprinus impatiens, okazał się Coprinellus impatiens, ale polskiej nazwy nie zmieniono. Z kolei propagatorzy odrębności rodzaju Dendranthema trochę stracili siłę przebicia i utrzymywanie odrębności złocienia i chryzantemy straciło sens.

Pytanie, czy utrzymywanie polskiego nazewnictwa dla wszystkich taksonów ma sens. Kiedyś polskie nazwy były używane w polskojęzycznych publikacjach. Jednak już od późniejszego XX w. liczące się publikacje naukowe nie są wydawane po polsku, więc i tak naukowcy używają nazw „łacińskich”. Nazwy polskie pojawiają się w publikacjach popularyzatorskich, a w nich z kolei mało kiedy pojawiają się jakieś mniej typowe organizmy. Niektóre z tych polskich nazw w zasadzie widuje się tylko w listach gatunków chronionych.

Nazw polskich prawie urzędowych (nazwy inne niż naukowe są uważane za zwyczajowe, a nie oficjalne – za nimi stoi autorytet badacza i często afiliacja PAN, ale to zawsze są tylko propozycje, a nie przepisy) mogliby używać hobbiści. Jednak ogrodnicy mają swoje nazwy handlowe, które nieraz się mają nijak do nazewnictwa proponowanego przez autorytety. Nieraz funkcjonują nazwy równoległe, jak np. surmia/katalpa, jedlica/daglezja itd. Czasem trudno się dziwić, że nikt nie używa nazwy aktinidia smakowita czy smaczliwka wdzięczna. Tu jednak naukowcy od nazewnictwa mogliby jakoś bardziej zasugerować, że chodzi o rośliny, których owocami są kiwi i awokado, tak jak oczywisty jest związek jabłoni z jabłkiem czy śliwy ze śliwką.

W przypadku wspomnianego na samym początku nowego nazewnictwa ssaków największy chyba opór postawili hodowcy świnek morskich. Autorzy nazewnictwa dość słusznie chcieli uniknąć nazwy świnka – nie tylko ze względu na skojarzenie ze świnią, ale przede wszystkim ze względu na zarezerwowanie tej nazwy przez pewną rybę (nazwy dzielone przez zwierzęta i rośliny, jak kukułka, albo przez zwierzęta i grzyby, jak pustułka, nie wzbudzają już takich sprzeciwów). Mogli więc sięgnąć do funkcjonującej w XIX w. nazwy morświnka. Zamiast tego jednak poszli po linii najmniejszego oporu i spolszczyli nazwę naukową rodzaju Cavia do kawia. A że w rodzaju tym jest więcej gatunków, to świnka morska została kawią domową. Natomiast uznanie, że „mysz” powinna oznaczać Mus, co daje np. mysz domową, a nie Mus lub Apodemus, jak było przez co najmniej kilkadziesiąt lat, przyszło jakoś łatwiej i już widuję teksty, w których mysz leśna czy zaroślowa zostały wyparte przez odpowiedni gatunek myszarki.

Systematyczne próby nadawania nazw polskich wszystkim gatunkom danej grupy, przynajmniej gatunkom występującym w Polsce, zwykle firmowane mniej lub bardziej przez odpowiedni komitet czy instytut PAN, często starają się odzwierciedlać dwuczłonowe nazewnictwo naukowe. Botanicy, od już wspomnianego Kluka, dość szybko przystosowali się do Linneusza. W taksonomii ludowej rośliny zwykle mają nazwy sięgające do linneuszowskiego rodzaju. Żółtlica to żółtlica, pospolity chwast. Nikt nie potrzebuje rozróżniania, czy jest to żółtlica drobnokwiatowa czy owłosiona. Skoro już jednak botanicy wyróżniają te dwa gatunki, to nikt nie będzie się specjalnie sprzeciwiał. Bardziej problematyczne są sytuacje, gdy okazuje się, że pomidor i ziemniak to gatunki tego samego rodzaju. Można jednak przyjąć, nieco wyjątkowo, że formalnie to będą psianka ziemniak i psianka pomidor (podobnie jak żyjąca naturalnie w Polsce psianka słodkogórz), a w praktyce będzie się używać tylko drugiego członu nazwy.

Ze zwierzętami, a właściwie to kręgowcami, jest mniej bezboleśnie. Tu w taksonomii ludowej dojście do gatunku jest częstsze. Lis, pies, wilk, sarna, jeleń, lin, szczupak, żuraw itd. Zoolodzy doszli więc do wniosku, że czasem nazewnictwo dwuczłonowe będzie tylko pro forma i przyjęli nazwy typu Vulpes vulpes czy Tinca tinca. W języku polskim raczej nikt nie postulował nazw typu „lis lis” czy „lin lin”. U nas funkcjonowały nazwy dwuczłonowe, gdy taka była potrzeba (np. słowik szary i słowik rdzawy) obok jednoczłonowych (np. dudek).

Paręnaście lat temu kilku ornitologów (Mielczarek, Cichocki) podjęło się spolszczenia wszystkich nazw ptaków. W tej sytuacji pozostawienie obok siebie nazw typu dudek (bez dodatkowego epitetu) dla Upupa epops i dudek wielki dla Upupa antaios wprowadziłoby niespójność w systemie. Stąd mnóstwo dotąd jednoczłonowych nazw dostało epitet „zwyczajny”. Ostatecznie jako pewien kompromis z tradycją nazwy typu „dudek zwyczajny” zostały wprowadzone jako opcjonalne obok nazw jednoczłonowych. Dla biologów epitet „zwyczajny” jest chlebem powszednim, na przemian z epitetem „pospolity”. Dla niektórych miłośników ptaków jednak okazał się nie do przyjęcia. Można się spotkać z tekstami takimi jak: „zimorodek nigdy nie będzie »zwyczajny«, mogę mówić »zimorodek nadzwyczajny«”. W przypadku mewy pospolitej to w końcu poskutkowało zmianą na mewę siwą, o czym też pisałem.

System ten też nie zachowuje zasady równoważności nazw rodzajowych naukowych i polskich. Większość gatunków rodzaju Accipiter to jakieś krogulce (siwobrzuchy, chiński, plamosterny, zwyczajny itd.), ale też parę zachowało nazwę jastrząb (papuaski, drobny, zwyczajny). I tak jest, mimo że w pewnym momencie w polskim systemie była propozycja, żeby rodzajowi Accipiter odpowiadała nazwa „jastrząb”, a polskie gatunki nazywano w tym systemie „jastrząb krogulec” i „jastrząb gołębiarz”. Podział na „ludowe” rodzaje/gatunki tego rodzaju funkcjonuje też w angielskim, ale tamtejszy podział na hawk, goshawk i sparrowhawk ma się nijak do podziału w nazewnictwie i polskim, i naukowym. I w drugą stronę – polska nazwa „kania” może odnosić się do rodzaju MilvusHaliastur. Jak można się spodziewać – wzajemna niejednoznaczność może działać w obie strony: nie tylko nie każdy Buteo to myszołów (jak np. Buteo lagopus – myszołów włochaty), bo Buteo rufinus to kurhannik, ale też nie każdy myszołów to Buteo, bo myszołów bermudzki to Bermuteo avivorus (marnym pocieszeniem, że w anglojęzycznym systemie część myszołowów to nie buzzard, a także hawk).

Czasem jest jeszcze inaczej. Na przykład krzyżówka (czasem znana potocznie jako „kaczka krzyżówka”) pozostała jednoczłonową nazwą gatunku, ale podgatunki mają epitety – krzyżówka zwyczajna i krzyżówka meksykańska (Anas platyrhynchos platyrhynchosCommon Mallard oraz Anas platyrhynchos diaziMexican Duck). Tu jednak trzeba przyznać, że jednoczłonowe nazwy taksonów niższych niż gatunek nawet w nazewnictwie potocznym są rzadkie. Przykładem mogą być jednak rzepak i karpiel (dla północnej Polski – brukiew), czyli Brassica napus var. napusBrassica napus  var. napobrassica, a więc odmiany gatunku „kapusta rzepak”.

Zatem to, że ostatnio spróbowano uporządkować, a także uzupełnić polskie nazewnictwo ssaków, to tylko element większej układanki. Będzie na pewno jeszcze trochę krytyki, ale sądzę, że prędzej czy później jakoś się to przyjmie.

Piotr Panek
fot. Piotr Panek, licencja CC BY-SA 4.0

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. Szacunkowo istnieje ok 10 milionów gatunków organizmów żywych (z tego ok. 90% jeszcze nie znanych lub nienazwanych). Język polski liczy natomiast ok 140.000 słów. Te liczby są wprawdzie szacunkowe i trochę z gumy, ale wydaje się spolonizowanie (i nie tylko spolonizowanie) wszystkiego jest fizycznie niemożliwe. Prędzej czy później trzeba będzie gatunki numerować, tak jak to się robi dzisiaj z gwiazdami i galaktykami.

  2. Do spolonizowania wzystkiego nikt nie dąży. Polonizuje się nazwy organizmów dobrze znanych grup. Ssaki, ptaki… Niejedna rodzina chrząszczy liczy tyle gatunków, co ptaki i ssaki razem wzięte. W ich przypadku funkcjonować będą nazwy naukowe.

  3. Człowiek ma naturalną potrzebę nazywania wszystkiego w celu identyfikacji. Świadczą o tym też opisane wyżej przez Pana próby systematyzacji. Ale w skali globalnej jest to nierealne i ma pan chyba rację, ze do tego akurat nikt nie dąży.

  4. Jak w Księdze Rodzaju – Bóg stwarza, człowiek nazywa.

css.php