Wpis 113



O korzyściach z prowadzenia bloga.

Z moich notatek wynika, że ten wpis jest moim sto trzynastym wpisem na blogu. Poprzednio notatki sprawdzałem tuż przed setką i wtedy też postanowiłem, że jej przekroczenia nie będę wcale w żaden sposób zaznaczał, ani nawet nie będę sprawdzał, kiedy to nastąpi. Ale teraz, przy tej nieokrągłej, ale znaczącej „rocznicy” chcę napisać parę słów o blogu. Zwłaszcza że za kilka miesięcy miną też trzy lata mojej współpracy z blogiem „Niedowiarów”.

Co mnie najbardziej uderzyło przez ten czas to fakt, że najgorętsze dyskusje wywołują dwa tematy. Umownie określę je jako Bóg i moralność.

Wystarczy tylko zasugerować, że Bóg jest, podać jedynie zarys argumentacji z tym związanej, a najlepiej w ogóle jakiś argument i już jest gotowa dyskusja. Jest ona na ogół pełna emocji i mocnych słów. Świadczy o tym na przykład, bardzo duża ilość komentarzy pod kilkoma wpisami poświęconych bałamutnej książce Richarda Dawkinsa „Bóg urojony” (The God Delusion).

Jakie są przyczyny tego stanu rzeczy, to trudno mi tutaj dochodzić. To, że kwestia Boga (umownie mówiąc) jest nośna obserwuję jednak nie tylko tutaj, ale też w innych miejscach sieci. Mnie najbardziej w tym wszystkim interesują ewentualne argumenty za istnieniem lub przeciw. Są one jak poszlaki. Chociaż myślę, że siła dowodowa tych poszlak jest nikła.

Osobiście nie znam nikogo, kto by wierzył w Jego istnienie na podstawie argumentów lub dowodów. Raczej w grę wchodzą inne sprawy, które umownie rzecz biorąc można określić jako osobiste doświadczenie. To ono jest podstawą takiego lub innego stanowiska w tej kwestii – tego, że ktoś uważa, że Bóg jest, jak i odwrotnie, że to słowo nic nie oznacza. Reszta jest tworzona po tej pierwotnej intuicji, w celu uzasadnienia swojego stanowiska, wyprowadzenia z niego konsekwencji czy nadania spójności własnemu światopoglądowi.

Druga nośna sprawa na blogu to moralność. Taką nazwą określam umownie wszystkie różnorodne problemy moralne, jakie tutaj były poruszane: od kwestii ewentualnej współpracy z bezpieką w czasach PRL’u po problemy związane z zapłodnieniem in vitro. Nośność tych zagadnień jest dla mnie zrozumiała, jak również to, że wywoływały one wiele komentarzy i dyskusji. To są trudne sprawy i stąd też ożywienie, jakie wywołują.

Osobiście bardzo się cieszę, że mogę tutaj pisać. Wiele wyniosłem z samego pisania, bo to zmusza mnie do regularnego spisywania nieraz ulotnych myśli, które w ten sposób zostają już gdzieś na stałe. Dużo mi też dają same komentarze. Na przykład próbowałem dwukrotnie napisać coś o Kenie Wilberze i za każdym razem nic z tego nie wynikało. Ostatecznie podarowałem sobie jego twórczość. Podobnie komentarze pod wpisami związanymi z wartościami zmusiły mnie do przemyślenia pewnych rzeczy i bardzo bym chciał do nich jeszcze powrócić, także w swojej pracy naukowej.

Last but not least pragnę podziękować Karolowi Jałochowskiemu, który czuwa nad całością i bez którego po prostu tego bloga by nie było.

Grzegorz Pacewicz

Fot. arimoore, Flickr (CC SA)