Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
niedowiary - blog (szalonych) naukowców niedowiary - blog (szalonych) naukowców niedowiary - blog (szalonych) naukowców

17.12.2008
środa

Nobliści bez Nobla

17 grudnia 2008, środa,

Na zdjęciu – taki jest los tych, których ominął Nobel.

Każda prawie nagroda Nobla ma swoje sieroty.

W zeszłym tygodniu wręczono w Sztokholmie tegoroczne nagrody Nobla. Jak co roku wśród laureatów zabrakło kilku osób. Chodzi o tych, którzy przyczynili się w bardzo istotny sposób do dokonania nagrodzonych odkryć, a Nobla jednak nie dostały.

Nagrodę z dziedziny chemii otrzymali Osamu Shimomura, Martin Chalfie i Roger Tsien. Pierwszy zidentyfikował białko GFP. Drugi wymyślił, jak białko to można użyć do znakowania innych białek i wykonał po raz pierwszy taki eksperyment. Trzeci twórczo rozwinął pomysł Chalfiego i uzyskał całą paletę fluoryzujących białek, co pozwala dziś na śledzenie równocześnie wielu białek w pojedynczej komórce. Wśród laureatów zabrakło, bagatela, odkrywcy genu GFP.

Jest nim Douglas Prasher, który sklonował gen kodujący GFP w roku 1985. Przesłał DNA kodujące ten gen Chalfiemu na jego prośbę. Bez odkrycia Prashera Chalfie nie mógłby łączyć GFP z innymi genami i produkować świecących na zielono białek. A że Chalfie nie był specjalistą od klonowania genów meduzy, to z wielką pewnością można stwierdzić, że nie on byłby wykonawcą rewolucyjnego pomysłu.

W latach 90. Prasher nie dostał nowych kredytów na prowadzenie badań i rozstał się z zawodem naukowca. Dziś mieszka w Arkansas i pracuje jako szofer. Ma teraz nadzieję, że po nagrodzie Nobla za badania nad GFP jakieś laboratorium postanowi zatrudnić faceta, który odkrył najważniejszy element składowy technologicznej rewolucji w chemii i biologii przełomu XX I XXI wieku.

Drugim niedocenionym przez Komitet Noblowski naukowcem jest de facto równoprawny współodkrywca wirusa HIV (nie ma co do tego wątpliwości, co przyznają oboje nagrodzeni za odkrycie tego wirusa) – Jean-Claude Chermann. Co więcej, Chermann jest nie tylko współautorem publikacji w „Science” opisującej po raz pierwszy wirusa HIV, ale był wręcz szefem laboratorium, w którym dokonano odkrycia. Pominięcie go przez Komitet Noblowski jest tym bardziej dziwne, że Chermann nadal jest aktywnym naukowcem i ciągle prowadzi badania nad wirusem HIV. Nieoficjalnie powiedziano mu, że nagroda jeszcze przed nim – gdy wyprodukuje skuteczną szczepionkę przeciwko AIDS, nad czym obecnie rzeczywiście pracuje.

Przypadek Prashera i Chermanna nie jest wcale odosobniony. Każda prawie nagroda Nobla ma swoje sieroty. Przyczyną jest limit trzech laureatów. Dziś badania naukowe są domeną wieloosobowych zespołów i wymóg nieprzekraczania magicznej liczby 3 nagrodzonych w danej dziedzinie powoduje, iż systematycznie pomijane są osoby, których rola była wręcz decydująca w dokonaniu nagrodzonego odkrycia. Prestiż nagrody Nobla jest tak wielki, że ci, którzy jedynie o nią się otarli, jak Prasher i Chermann, mogą mówić o prawdziwej niesprawiedliwości.

Inny rodzaj noblowskich problemów to nagrody dla osób, którym to wyróżnienie wcale się nie należało. W roku 1926 Nobla dostał Duńczyk Johannes Andreas Fibiger za odkrycie bakterii Spiroptera carcinoma rzekomo wywołującej nowotwory. W rok później kolejna wpadka: nagroda dla Austriaka Juliusa Wagner-Jauregga za metodę leczenia kiły przy pomocy… zarażania pacjentów malarią – gorączka wywołana malarią miała łagodzić objawy późnej kiły. Ostatnią taką wpadką była nagroda, również medyczna, dla Portugalczyka Antonio Caetano de Abreu Freire Egas Moniza, który twierdził, że lobotomia może być przydatna w leczeniu pewnych psychoz.

Od czasu do czasu pojawiają się doniesienia jakoby również niektóre „współczesne” nagrody były przyznane zbyt pochopnie. Systematycznie próbuje się podważać prionową teorię choroby Creutzfeldta-Jakoba, za która w roku 1997 medyczną nagrodę Nobla dostał Stanley Prusiner. Ale jak do tej pory nie znaleziono lepszego wytłumaczenia tej choroby. Na dzień dzisiejszy nagroda ta w pełni Prusinerowi się należy.

Na liście uhonorowanych najważniejszą nagrodą naukową na świecie znajdują się więc zarówno nobliści bez Nobla, jak i anty-nobliści z Noblem. Liczba i jednych i drugich zapewne jeszcze się wydłuży.

Jacek Kubiak

Fot. Mosseby, Flickr (CC SA)

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 17

Dodaj komentarz »
  1. Egas Moniz faktycznie przesadzil z optymizmem, ale tzw. psychochirurgia nie ‚umarla’ i wciaz w leczeniu niektorych zaburzen psychicznych jest metoda ostatniej szansy. A kontrowersje oczywsicie wzbudza i bedzie wzbudzac. Dzis o tyle mniejsze, ze zamiast ciac skalpelem mozna odpowiedni region w mozgu stymulowac pobudzajac / hamujac aktywnosc neuronow.

  2. Dla mnie jedna z najbardziej uderzajacych historii jest pominiecie Rosalind Franklin w Noblu, ktory dostali Watson i Crick.

    Jest tez kwestia tego, jak pamieta sie o noblistach. Teraz, kiedy daje kursy z genetyki widze, jak wiele nacisku kladzie sie na odkrycie struktury DNA, a jak traktuje sie po macoszemu osobe Nirenberga, ktory zrozumial, co i jak jest zapisane w DNA. Watson i Crick (i Franklin) znalezli ksiazke, z ktora nie bardzie wiedzieli, co zrobic. Nirenberga wskazal, jakim jezykiem jest zapisana, gdzie zaczynaja sie, gdzie koncza slowa, i co one znacza. Na moich kursach staram sie uhonorowac odkrycia Nirenberga i jego zespolu, bo naprawde zasluguja one na rowna uwage co prace Anglikow.

    Pozdrawiam.

  3. Swoja droga Einsten nie dostal Nobla za teorie wzglednosci, ale za wyjasnienie zjawiska fotoelktrycznego. Tym nie mniej Einsteinowi nalezy sie drugi Nobel za teorie, ktora … nie trzeba mowic, jaki miala ona znaczenie dla nauki, ale ktora wtedy, w poczatkach lat 20-tych z trudem przebijala sie przez poklady niecheci roznej natury, od filozoficzno-naukowej po uprzedzenia rasowe. Chodzi glownie o niemiecka, mechanistyczna (?) szkole fizyki.

    Inna osoba pomienieta w NN, tym razem z chemii, to Lise Meintner. Nagrode dostal Otto Hahn (1944), ale jego rezultaty zostaly zbudowane na pracach Meintner. Kuriozalnym jest fakt, ze Meintner, ktora musiala opuscic Niemcy w 1938 roku z uwagi na pochodzenie zydowskie, zamieszkala w Szwecji…

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Jacobsky dwukrotnie mnie wyprzedził, ale tyle jeszcze zostało…choćby Żeromski, któremu nobla zablokowali Niemcy za „wiatr od morza”, Arafat, który powinien wisieć a nie stać na pomniku, Sienkiewicz za jego bzdurę-bajdurę „Quo Vadis”. Skłodowska, której nie chciano dać nagrody za q…(oficjalnie kobieta wtedy mogła być tylko asystentką, a nie naukowcem) a dostała tylko dzięki twardemu stanowisku męża i wiele tego typu innych.
    Nagroda Nobla to polityka i towarzystwo wzajemnej adoracji (choć zapewne są i wyjątki). Dużo ciekawsze są IG-Noble, chociaż tu jest pomieszanie z poplątaniem – i oczywiste kretyństwa (dla nas, teraz, ale kiedyś?) i rewelacyjne pomysły.
    Na marginesie – znałem pochodzenie porzekadła „syf i malaria” – ale że ktoś za to dostał Nobla? Rewelacja! Czekam na więcej

  6. Wspomniany tu Edgar Moniz, portugalski neurochirurg,
    nagrodę Nobla otrzymał, ale ta szczęścia mu nie przyniosła.
    Zastrzelił go operowany przezeń pacjent.
    Od tego czasu wśród lekarzy znane jest powiedzenie,
    że psychochirurgia jest niebezpieczna, ale dla … neurochirurgów.

    Natomiast przypadek nieuhonorowania nagrodą Rosalind Franklin
    ma inne wyjaśnienie.
    Kiedy w grudniu 1962 James Watson (był w Warszawie w lipcu tego roku)
    i Francis Crick (oraz Wilkins, szef pani Franklin)
    odbierali w Sztokholmie noblowskie dyplomy i czeki,
    Rosalind Franklin nie żyła już od bodaj trzech lat.
    Jej przypadek potwierdza regułę, że aby Nobla otrzymać,
    trzeba, poza spektakularnym odkryciem, tego dożyć.

  7. Nagrody Nobla sa przyznwane w regularnych okresach czasu natomiast dobre pomysly sa rozrzucone w czasie losowo i nierownomiernie. Stad, z perspektywy czasu mozemy mowic o roznym kalibrze odznaczonych ta nagroda osiagniec. Nie bez znaczenia jest tez kwestia popularnosci kandydata do nagrody wsrod jego kolegow i umiejetnosc reklamowania swoich osiagniec.

  8. Ciekawy artykuł, gratuluję pomysłu! Interesujących jest dla mnie jeszcze kilka aspektów.

    1. Ewidentne jest dla mnie, że decyzje, które podejmuje komitet, to nie decyzje „dobre”, a decyzje „bezpieczne”. A przypadki Nobli „wątpliwych”, czyli tych, które z biegiem czasu okazały się niezasłużone, bo naukowiec się mylił, pokazują, że liczy się jeszcze — i to jak — dobry marketing w środowisku. Ciekawe byłoby zestawienie tych kandydatów, którzy byli _tylko_ kandydatami, a Nobla nie dostali właśnie przez kontrowersyjność i politykę.

    2. W komentarzach powyżej od razu pojawiają się trzy kobiety — z czego dwie Nobla nie dostały, mimo że zasłużyły (przypadek czy przejaw ogólnej tendencji w środowisku naukowym?). Oczywiście, teraz tylko sobie gdybam, ale obawiam się, że nawet gdyby Rosalind Franklin dożyła, to i tak Nobla by nie dostała (BTW, czy dobrze pamiętam, że W. i C. wykorzystali jej wyniki bez jej wiedzy?).

    3. Nagroda nagrodą, zawsze jest miło zostać docenionym intelektualnie i finansowo 🙂 Natomiast kompletnie nie rozumiem, dlaczego Nobla otacza się w społeczeństwie taką święto-magiczną czcią? Przecież wszystko wskazuje, że Nobel wcale nie jest najlepszą nagrodą: ani nie jest nagrodą obiektywną, a decyzje komisji bywają dyskusyjne i zapadają w sposób czasem niezrozumiały i odgórny; częstotliwość przyznawania nie ma jakiegokolwiek praktycznego przełożenia na tempo rozwoju badań w danej dziedzinie; nagrody czasem trafiają do naukowców przez pomyłkę, za błędne teorie; nie jesteśmy w stanie nagrodzić wszystkich, którzy faktycznie na nią zasługują — co więcej, nie jesteśmy nawet w stanie rzetelnie ocenić, którzy to (potrzebowalibyśmy więcej dystansu).

    Żaden racjonalny argument nie przemawia za tym, żeby traktować Nagrodę Nobla jak oficjalne namaszczenie na geniusza (abstrahując nawet od samej absurdalności takiego pomysłu). A jednak tak się dzieje 🙂 Ot, zagwozdka psychologiczna.

  9. @ Czereśnia pisze:

    kompletnie nie rozumiem, dlaczego Nobla otacza się w społeczeństwie taką święto-magiczną czcią?
    Żaden racjonalny argument nie przemawia za tym, żeby traktować Nagrodę Nobla jak oficjalne namaszczenie na geniusza…

    To drugie zdanie wlasnie odpowiada na pytanie. 🙂 Czegos czczonego i magicznego nie mozna zadekretowac.

  10. @jk: Czyli co jest skutkiem, a co przyczyną? 🙂

  11. @Czereśnia Wśród noblistów procent geniuszy jest o kilka rzędów wielkości wyższy niż w całej populacji. Dlatego traktowanie wszystkich laureatów Nobla jak geniuszy jest całkiem racjonalne. Jak śpiewał Bułat Okudżawa: „Każdemu mądremu stempelek na łeb przybito więc razu pewnego” „/’

  12. Mam trzy refleksje dotyczace historii Douglasa Prashera:

    1) Imponuje mi postawa zyciowa Prashera . Trzeba miec charakter zeby wytrzymac takie kopanie przez los.

    2) Komitet Noblowski mial racje. W pracy w Gene w 1994 roku, w ktorej Prasher opublikowal sekwencje GFP nie ma slowa na temat tego za co przyznano nagrode — uzycia GFP jako zrodla autonomicznego fluorescencji do obserwacji w zywym organizmie. To odkrycie przyszlo wraz z praca Chalfiego w Science (na ktorej zreszta Prasher jest ostatnim autorem; w niepisanym kodzie profesjonalnym w biologii, bycie ostatnim autorem na liscie jest uwazane za status kierujacego badaniami. Chalfie wyraznie probowal pomoc Prasherowi w karierze pomimo ze jak sie domyslam udzial Prashera dotyczyl przekazania genu GFP).

    3) Pomimo ze Prasher stracil pieniadze na badania, nie zapominajmy ze American Cancer Society ufundowalo oryginalne badania nad klonowaniem GFP z meduzy. Ktos musial miec wiele wyobrazni w tej agencji. Chwala recenzentom i kierownictwu ACS za odwage.

    Ta ostatnia refleksja jest wazna w kontekscie reformy nauki w Polsce. Docieraja do mnie sygnaly ze reforma w wielu miejscach polega na promowaniu „mainstream” bez wyobrazni. W jednej szacownej intytucji zmusza sie profesora do wczesnego odejsciana na emeryture poniewaz jego badania nie zaczynaja sie od slowa „neuro” chociaz sa to wielce oryginalne podstawowe badania. W krotkim czasie, polska nauka bedzie wypelniona tym co najnowsze i najbardziej modne a ludzie z naprawde daleko idaca wizja, ci ktorzy proponuja cos czego jeszcze nie ma w Science albo Nature, beda mieli powazne trudnosci. Trzeba cos zrobic aby chronic innowacje.

  13. Co do Franklin, rzeczywiscie: nie wzialem pod uwage, ze juz nie zyla w chwili przyznawania Nobla Watsonowi i Crickowi.

    Swoja droga nieprzyznawanie Nobla zmarlym tez ma jakis nonsens w sobie. Ktos np. dokona naprawde EPOKOWEGO odkrycia i w tym samym roku zostanie np. przejechany przez samochod…

    Jednym slowem: Nobel – szmobel, czyli pic na wode, fotomontaz.

  14. @ Jacobsky :

    Nobel szmobel, ale jak mi dadza, to wezme. 🙂

  15. Pieknym paniom oraz Komitetowi Noblowskiemu – nigdy nie odmawiam 🙂

  16. Czereśnia napisał (-a?):
    „(BTW, czy dobrze pamiętam, że W. i C. wykorzystali jej wyniki bez jej wiedzy?).”

    Akurat ten aspekt kilkumiesięcznej intelektualnej przygody
    dwóch młodych noblistów, pierwszych naukowców „od DNA”,
    jest dobrze znany. I to nie tylko z jednej strony („The Double Helix” Watsona).
    Pięćdziesiąt lat wstecz przed południem naukę uprawiano w zaciszu laboratorium, a po południu w pubie dla dżentelmenów.
    Dzisiaj, w dobie internetu, pewnie losy pani dr Franklin byłyby inne.
    Rosalind Franklin do pubu nie trafiała, pewnie też z uwagi na płeć.
    Była krytycznym i pożądanym recenzentem kolejnych modeli nici DNA.
    Natomiast swoich zdjęć krystalicznej formy
    kwasu deoksyrybonukleinowego,
    otrzymanych metodą dyfrakcji promieni rtg, pokazać im nie chciała.
    Widział je i wysoko cenił jej bezpośredni szef, Maurice Wilkins,
    który opowiadał o nich obu noblistom.
    Panowie istotnie włamali się do szuflady koleżanki,
    obejrzeli znakomite zdjęcia, co ich bezpośrednio naprowadziło
    na właściwy trop. Ale Rosa, jak ją wszyscy nazywali,
    natychmiast zaakceptowała nowy model.
    A artykulowi Watsona i Cricka w „Nature” towarzyszył artykuł Franklin i Wilkinsa o krystalograficznych obrazach DNA.

    Rosalind Franklin nie dostrzegła w nich tej regularności
    i powtarzalności, którą obaj panowie wychwycili natychmiast.

    Trzeba oddać cześć kobiecie, że była mistrzynią krystalografii.
    Ale należy też dostrzec jej nieprzygotowanie do właściwej interpretacji
    swoich zdjęć.
    Bo żeby Nobla otrzymać, potrzebny jest ten błysk geniuszu,
    który tylko nielicznym wyrobnikom nauki pozwala zobaczyć rzecz nową
    na zdjęciu, które kilka (-naście?) osób wcześniej oglądało.
    Na mnie największe wrażenie robi zawsze ostatnie zdanie z doniesienia o odkryciu dla „Nature” z 1953 roku. Czytałem je wielokrotnie,
    bo było ono zapowiedzią budowania nowej wiedzy – inżynierii genetycznej, czy biologii molekularnej, mniejsza o semantykę.

    Autorzy napisali: „Nie umknęło naszej uwadze, że postulowane przez nas specyficzne tworzenie par zasad niesie w sobie bezpośrednie wskazówki co do możliwego mechanizmu kopiowania się materiału genetycznego” (wg tłumaczenia Włodzimierza Zagórskiego)

    Jestem przekonany, że gdyby tego zdania nie napisali,
    to kogoś innego, kto pierwszy by te konsekwencje dostrzegł, nazywalibyśmy dziś prekursorem współczesnej genetyki.

    Mnie to przypomina historię fizycznego Nobla z 1978 dla Wilsona i Penziasa.
    Obaj byli radioastronomami, raczej praktykami, usuwającymi dolegliwe zakłócenia w najnowszym radioteleskopie, zbierającym promieniowanie z granic wszechświata.
    Wielokrotna wymiana podzespołów na nowe nie likwidowała szumu.
    Mimo zaangażowania wielu innych inżynierów, tylko oni wpadli na pomysł, że ten szum, to tzw. promieniowanie reliktowe rozszerzającego się wszechświata.

  17. Przypomniałem sobie,
    że Wilson i Penzias nazwali szum,
    słyszany uchem superczułego radioteleskopu,
    „głosem Pana Boga”.

css.php