Szczepienie, szczepienie i po szczepieniu

Wpis będzie inny niż zwykle, bo nie dotyczy wydarzeń ze świata nauki, tylko mojego doświadczenia ze szczepieniem na COVID-19 i związanymi z nim konsekwencjami.

Prolog (długi)

Nie jestem aktywnym naukowcem. Nie pracuję też na uczelni i choć wciąż mam kontakt z nauczycielami akademickimi, to nie uważam się za jednego z nich. Dlatego gdy ogłaszają, że nauczyciele znajdą się w grupie „1”, nieprzesadnie mnie to zajmuje. Tym bardziej że argumentem za priorytetem nauczycieli jest powrót do nauki szkolnej, a to kwestia oświaty powszechnej, a nie szkolnictwa wyższego.

Wciąż jestem na liście adresowej pracowników macierzystego wydziału i widzę presję kolegów tam zatrudnionych, by wnioskować o włączenie nauczycieli akademickich do grupy „1”. Rektor to zdanie podziela. O dziwo władze przychylają się do próśb środowiska.

Wciąż mnie to osobiście nie interesuje. Ale okazuje się, że kategoria nauczycieli akademickich jest szeroka i objęła osoby niezatrudnione, ale mające mniej lub bardziej gościnne zajęcia ze studentami. To m.in. ja. W sumie ma to sens – w mijającym semestrze prowadziłem zdalnie zajęcia na jednej uczelni i niewykluczone, że jesienią też tak będzie. Czy robię to etatowo, czy hobbistycznie, nie powinno mieć znaczenia.

Okazuje się, że szczepionek mRNA Pfizera i Moderny jest mało, a AstraZeneki nie powinno się podawać ludziom starszym. Poza tym – zwłaszcza w przypadku AZ – im krótszy odstęp między dawkami, tym mniejsza szansa na sprawne uodpornienie (niech Marcin Nowak wybaczy mi niefachowe słownictwo). Zatem coraz mniej prawdopodobne, że nauczyciele zdążą sobie wyrobić odporność przed końcem roku szkolnego. No ale harmonogram został już ogłoszony.

Przyznaję, wolałbym szczepionkę mRNA. AZ ma zalety szczepionek konwencjonalnych, ale mniejszą skuteczność, za to większe prawdopodobieństwo odczynów poszczepiennych. Ostatecznie jednak lepsza Astra w ręku niż Pfizer w zamówieniu.

Swoją drogą, czy ktoś z Państwa zauważył, żeby jakakolwiek osoba grająca Kasandrę wobec szczepionek nowej generacji zaakceptowała wykorzystującą stare mechanizmy szczepionkę AZ? Raczej odwrotnie, „sceptycy” nagle mają zastrzeżenia do szympansiego wirusa. Nie wiadomo, skąd się to bierze, ale dla efektu obrzydzenia nie potrzeba racjonalnych argumentów. Można np. wychwalać borsucze sadło (w polskiej medycynie ludowej sam zetknąłem się z psim smalcem) jako coś wspaniałego w swej naturalności i jednocześnie przestrzegać przed użyciem otoczki wirusa atakującego szympansy. Pisałem o rosyjskim trollingu z początku pandemii i prognozach, że obejmie kwestię terapii. „Małpia szczepionka” jest tego kolejnym przykładem.

Na razie to jednak trochę dzielenie skóry na niedźwiedziu. Ruszają zapisy nauczycieli oświatowych, a o akademickich nie wiadomo nic. Ja sam nie mam wcale pewności, czy się łapię, czy nie. 11 lutego rektor, chyba zniecierpliwiony pytaniami pracowników, wysyła pismo, że nic nie wiadomo i trzeba czekać. Już dzień później ministerstwo ogłasza, że rejestracja nauczycieli akademickich ruszy w poniedziałek o godz. 8 rano, a o godz. 12 odbędzie się webinarium dla koordynatorów z instrukcją, jak to obsłużyć. Termin rejestracji upływa w czwartek w południe. Przez weekend różne uczelnie wywieszają na stronach ogólnikowe komunikaty.

Uczelnia, na której prowadzę zajęcia – też. W poniedziałek wczesnym popołudniem pojawia się konkretniejszy komunikat, z którego wynika, że osoby prowadzące zajęcia na podstawie umów o dzieło także kwalifikują się do szczepień. Na skrzynki służbowe rozsyłane są maile. Jak można się domyślić, osoby nieetatowe (w tym doktoranci) mogą ich nie mieć. Ja nie mam. We wtorek na maila niesłużbowego, którego używam do kontaktu z administracją uczelni, przychodzi informacja, że powinienem podać trochę danych, żeby można mnie było wprowadzić do systemu. W środę administracja ma pełne ręce roboty, żeby osoby takie jak ja w tym systemie umieścić. Wieczorem powinna zajść migracja danych i zostanie mi kilkanaście godzin na rejestrację. Migracja zaszła, formularza rejestracyjnego brak. W czwartek rano – parę telefonów. O godz. 11 pojawia się formularz. Mam godzinę na rejestrację. Udaje się. Tymczasem ministerstwo przedłuża termin do piątku wieczorem.

Lista punktów szczepień jest długa. Lista punktów przewidzianych dla nauczycieli – nie. W zasięgu kilkudziesięciu minut piechotą od mojego domu – prawie żadnego. Najwięcej sensu ma szpital. Jakieś 20 lat temu trafiłem tam z EKG zawałowca, choć jako żywo zawału nie miałem, więc lekarze z przychodni mieli konfuzję, a ze szpitala – konfuzję z podejrzeniami, których nie mogli zweryfikować. Nie pamiętam już dobrze, ale zdaje się, że mieli maszynę do echa serca (nie mogę się opędzić od skojarzenia z Leopoldem Staffem), tylko nie było nikogo do obsługi (może wpadał raz na tydzień?). Ostatecznie to szpital od urazów, a nie tamponady. Trochę tam poleżałem, aż doszli do wniosku, że najlepiej będzie wysłać mnie na badanie do instytutu kardiologii, gdzie uznano, że może lepiej mnie jeszcze zatrzymać. Odesłali mnie po paru dniach, wyleczyli, a pierwotny szpital musiał tylko wystawić wypis. Może to nie najlepsze skojarzenia, ale przez lata pewnie cała kadra zdążyła się zmienić, a poza tym mam się szczepić, a nie leczyć.

Ktoś znajomy też się tam zapisał i dostał maila z terminem. Ja nie. Po paru dniach dzwonię do szpitala i o dziwo całkiem sprawnie przełączają mnie na rejestrację (oczywiście numeru nie ma nigdzie w sieci). Z terminami przysłanymi mailem się nie negocjuje, przez telefon łatwiej. Mam przyjść między godz. 9 a 12. W sumie dobre podejście – najwyraźniej już wiedzą, że podanie konkretnej godziny skończyłoby się obsuwami i pretensjami. Tak się składa, że koło punktu szczepień wiedzie moja droga do pracy i czasem po godz. 8 widzę kręcących się ludzi, którzy pewnie chcą się zaszczepić już o 9.

Mój termin jest stosunkowo późny. Nauczyciele oświatowi już w przytłaczającej większości mają pierwszą dawkę za sobą. Duża część akademickich też. Mam trochę znajomych wśród tych pierwszych, a jeszcze więcej wśród drugich. Znajomych z kręgów lekarskich i przemysłu medycznego mam mniej, ale ich relacje są mniej adekwatne do mojej sytuacji, bo ci dostają szczepionkę Pfizera.

Ostatni raz byłem szczepiony, kiedy macierzysty wydział sponsorował terenowcom prewencję przeciw kleszczowemu zapaleniu opon mózgowych. Było to kilkanaście lat temu i nie pamiętam, żebym po którejkolwiek dawce zauważył coś niepokojącego. Teraz znajomi raportują głównie gorączkę i jeden dzień wyjęty z aktywności. Niektórzy nieco więcej. Inni z kolei prawie na nic się nie uskarżają. Tych ostatnich da się policzyć na palcach ręki. Jednej. Drwala.

Powtarza się sformułowanie „sztuczna grypa”. Z reguły kilka godzin po szczepieniu temperatura zaczyna rosnąć, nadchodzi trudna noc i dzień z gorączką ok. 39 st. Niektórzy mają nieco ponad 37, a czują się, jakby mieli stopień więcej. Częsty jest ból głowy i ręki. Zdarza się ból mięśni. Wszyscy polecają paracetamol. Niektórzy zawczasu rezerwują teleporadę, żeby dostać dzień zwolnienia z pracy.

Mnie akurat w tych dniach wypada praca zdalna, i to bez telekonferencji, więc niczego nie rezerwuję. Pewnie jakoś przetrwam. Termin się zbliża.

Dzień -1

Dzień jak co dzień. Pracuję zdalnie. Wieczorem zaczyna mnie boleć głowa. To u mnie bardzo częste. Może nie jest to kliniczna migrena, ale jestem bardzo podatny na taką przypadłość. Czasem mam objawy przypominające kaca po małym piwie. Biorę ibuprofen i idę spać.

Dzień 0

Ibuprofen najwyraźniej zadziałał. Budzę się ze stłumionym bólem głowy, który wietrzeje gdzieś w porannym prysznicu. Do punktu szczepień docieram ok. 11. Kolejka do rejestracji jest krótka. Następna jest trudna do oszacowania – kilkanaście, może kilkadziesiąt osób. Korytarz jest wypełniony dość luźno, ale w całości, nie wiadomo, ile ma zakrętów. Wśród osób czekających na swoją kolej są osoby już zaszczepione, czekające przepisowy kwadrans na ewentualny wstrząs anafilaktyczny (spojler – nikomu przy mnie się nie przydarzył), albo takie, które przyszły dla towarzystwa. Upewniam się, kto jest przede mną. Ktoś upewnia się, że jest po mnie.

Większość z nas niejedną kolejkę w życiu widziało. Zasadniczo atmosfera jest dość pogodna. Ktoś wyraża umiarkowane oburzenie, że zaszczepiono go o 11, choć miał termin o 9:45. Mijają prawie dwie godziny i nadchodzi moja kolej.

Czasem mówi się, że nic się nie poczuło – na wyrost. Tym razem naprawdę bardziej widzę wkłucie, niż je czuję. W porównaniu z wkłuwaniem do poboru krwi to naprawdę zupełnie inna jakość. Pielęgniarka przykleja plaster, radzi przykładać w razie czego mrożonki, brać paracetamol albo pyralginę.

Wracam do domu. Co jakiś czas sprawdzam temperaturę. Domowy termometr na podczerwień potrafi wskazać wyniki różniące się o stopień w dwóch pomiarach w, wydawałoby się, identycznych warunkach i nie umiem go wykalibrować. Ale coś tam pokazuje. Czoło przez całe popołudnie i wieczór ma według niego od 36,1 do 36,7 st. W okolicy wkłucia zaczynam czuć głęboki, tępy, dość słaby ból, trochę przypominający zakwasy.

Paracetamol czeka. W moim dzieciństwie dla lekarzy było oczywiste, że gorączkę powyżej 37 st. pod pachą (teraz taka temperatura chyba nawet nie spełnia kryterium gorączki) zbija się polopiryną. Nikt nie słyszał o Randolphie Nessem, George’u Williamsie i medycynie darwinowskiej, według której podwyższona temperatura to nie tyle objaw choroby, który trzeba zwalczyć, ile metoda na walkę z patogenami, którą co najwyżej trzeba kontrolować, żeby organizm sam sobie nie zaszkodził. Tu jednak nie ma patogenów, które trzeba zwalczać, a organizm może wytaczać działa w postaci gorączki i stanu zapalnego wobec udawanego wroga, więc nie mam oporów przed hamowaniem jego zapędów.

Wieczorem czuję się zmęczony. Hm… czy to zaskakujące? Przeszywa mnie jakiś pojedynczy dreszcz. Leci serial z angielskimi napisami i zauważam, że nie nadążam ze śledzeniem intrygi. Przełączam na Kajka i Kokosza – tu nie mam problemów z ogarnięciem przekazu. Termometr uparcie nie chce przekroczyć 37 st. Paracetamolu nie biorę, idę spać.

Dzień 1

Noc niespokojna. Dość często się budzę. Coś tam czuć w ramieniu. Niby nie bardzo, ale zawsze coś. Termometr mówi: 36,5 st.

Budzę się poważniej po godz. 6. Uświadamiam sobie, że za zły sen odpowiada ból głowy. Mówiłem, że to dla mnie nic nowego? Dobra, 36,7 to nie powód do zbijania gorączki, ale paracetamol działa też przeciwbólowo – łykam. Smaruję głowę preparatem z alkoholem i olejkami eterycznymi. Trochę dosypiam.

Ból jest dość mocny. Paracetamol go tłumi, ale nie do końca. Biorę prysznic, uderzenia wody w moim przypadku tłumią z reguły ból na jakiś czas, co może być kluczowe dla jakiegoś przełamania się układu nerwowego i zadziałania środka przeciwbólowego. Tym razem trochę tak jest, a trochę nie. Znów smaruję głowę. Jem śniadanie. Staram się nie przemęczać umysłowo.

Przyznam, że nieraz w takiej sytuacji poszedłbym do pracy i albo od aktywności ból przytłumiłby się bardziej, albo zająłbym się mało wymagającymi sprawami. Dziś pracuję zdalnie, więc pozostaje druga opcja. Bardziej wymagające rzeczy zostawiam na jutro.

Zbliża się południe. Czas na drugą kawę. I na drugą dawkę paracetamolu. Dzwoni szefowa – czyli pojawiła się pilna sprawa, której nie da się odłożyć. Rozmawiamy i na swoich komputerach równocześnie przeglądamy dyrektywy i rozporządzenia, żeby sformułować odpowiednie uwagi. Paracetamol i adrenalina sprawiają, że jest to jak najbardziej wykonalne. Dzień może nie jak co dzień, ale jak parę razy na miesiąc. Termometr mówi: 36,4-36,9.

Dzień mija. Idę spać pół godziny, może godzinę wcześniej niż zwykle. Nie widzę potrzeby brania kolejnej dawki paracetamolu.

Dzień 2

Budzę się chyba najbardziej wypoczęty od wielu dni. W ramieniu lekki ból. Termometr nic szczególnego nie mówi. No cóż, nie wygląda na to, żeby szczepionka wywołała u mnie coś, co zapamiętam na długo. Czekają na mnie zaległe sprawy z wczoraj. Zobaczymy, co się stanie za dziesięć i pół tygodnia.

Piotr Panek