Kobiety w okowach nauki

Ostatnio podczas rozmowy przy kuchennym stole piątkowym wieczorem w labie po godzinach, koleżanka rzuciła pytanie o organizacje i stowarzyszenia naukowe. Zaczęły padać różne nazwy, a że towarzystwo było w większości damskie, to padła również nazwa Stowarzyszenia Kobiet w Nauce (Association for Woman in Science). Nagle zapadła cisza, aż w końcu ktoś zapytał, po co w ogóle istnieje takie stowarzyszenie? Nie ma przecież Stowarzyszenia Mężczyzn w Nauce…

Korzystając z okazji, chciałam tutaj na blogu zadać to samo pytanie i zastanowić się głośno wspólnie z Czytelnikami jak ma się sprawa kobiet w nauce, zwłaszcza w dziedzinach naukowych, gdzie tradycyjnie przeważali mężczyźni. Obecnie, w wielu krajach, również takich, w których stosunek do sprawy wykształcenia kobiet jest mało przychylny (Iran, Zjednoczone Emiraty Arabskie) kobiety stanowią gro studenckiej populacji. Wydziały nauk społecznych i humanistycznych takich jak socjologia, pedagogika, politologia, lingwistyka, kulturoznawstwo i temu podobne są prawie całkowicie zdominowane przez studentów płci żeńskiej zwłaszcza w krajach takich jak Polska. Ale i poza granicami naszego kraju stosunek kobiet do mężczyzn na wspominanych wydziałach rozkłada się nierówno, z dużą przewagą czynnika żeńskiego. Nieco inaczej sprawa ta wygląda na wydziałach nauk matematycznych czy inżynieryjnych, gdzie liczba kobiet jest znacznie mniejsza, a niekiedy wręcz symboliczna (wg. informacji kolegi z wydziału nauk technicznych UWM, czasem na roku zdarzają się jedynie 2-3 dziewczyny).

Sytuacja powtarza się również na dalszych szczeblach naukowej drabiny. Najwięcej kobiet z doktoratami, które zdecydowały się kontynuować karierę naukową, znajdziemy po raz kolejnych we wcześniej wymienionych naukach społecznych i humanistycznych; znacznie mniej będzie ich w naukach medycznych, a prawie w ogóle nie znajdzie się ich w naukach matematycznych czy inżynieryjnych, oczywiście z pewnymi wyjątkami. W swoim życiu spotkałam i panią dr. astronomii i panią prof. astrofizyki, ale są to wyjątki często potwierdzające regułę.

Im wyżej jednak na szczeblach naukowej machiny, tym obraz ten coraz bardziej się mąci. Mamy większą grupę pań dr. nauk humanistycznych/społecznych i mniejszą grupę pań dr. nauk matematyczno-przyrodniczych i inżynieryjnych, co jednak dzieje się dalej? Sporo kobiet po zrobieniu doktoratu z nauki odchodzi, czy to zmuszone sytuacją rodzinną czy finansową, a te, które zostają nie zawsze mają łatwe życia. Kobiety spotykają się z ostracyzmem, zwiększoną krytyką, ograniczonym zaufaniem i trudnościami z przeforsowaniem swoich pomysłów, które zaproponowane przez kolegę doktora często spotkałyby się z mniejszym oporem.

Z artykułu opublikowanego w grudniowym numerze Nature wynika, że nierówności w stosunku do kobiet uprawiających naukę spotyka się nie tylko w poziomie kontaktów bezpośrednich, ale również pośrednio, na poziomie publikacji i cytowań. Wg. w/w artykułu, kobiety znaczniej rzadziej zapraszane są do współpracy naukowej, prowadzącej do powstania szeregu publikacji, rzadziej są pierwszymi autorkami, a jeśli już są pierwszymi autorkami, to są rzadziej cytowane niż mężczyzni publikujący prace  z tej samej dziedzinie. Autorzy artykułu podsumowują swoje obserwacje zachętą do tworzenia różnego rodzaju platform/programów wyrównujących szansę i umożliwiających międzynarodową współpracę pozwalającą na pełen rózwój  potencjału naukowego kobiet.

Jak ma się to do mojego pytania postawionego na początku tego artykułu o sens istnienia Stowarzyszenia Kobiet w Nauce (chodzi tu generalnie o nauki matematyczno-przyrodnicze i inżynieryjne; STEM, science, technology, engineering, mathematics)? Wciąż trudno jest wg. mnie jednoznacznie na to pytanie odpowiedzieć.

Znamienna jest historia dziewczyny (doktorat z Harvardu), która przez 4 lata nie opublikowała żadej publikacji, przyznano jej jednak grant na badania. Po jednej z wielu nieprzyjemnych rozmów z szefową, zrezygnowała i z grantu i z pracy w nauce w ogóle. Oddała się swoim pasjom i z zapałem wychowuje dziecko. Czy żałuje swojej decyzji, z tego co wiem, niekoniecznie. Zauważyłam jednak pewną prawidłowość; szefujące kobiety są zdecydowanie surowsze dla swoich kobiecych podwładnych niż dla pracujących dla nich mężczyzn. Wiele z dziewczyn-postdoków czy doktorantek, które spotkałam, radziło mi, by trzymać się jak najdalej od szefów płci żeńskiej.

Czyli, wracając do mojego pytania, może zamiast organizacji samopomocowych dla kobiet w nauce, które, jak wykazuje praktyka i moje własne doświadczenie,  i tak niewiele mają do powiedzenia w sprawach istotnych dla losu badaczek z dziedzin nauk pozahumanistycznych/społecznych, może należałoby pracować nad zmianą nastawienia i uczyć, że w nauce, powinno przede wszystkim zwracać się uwagę na to co kto mówi, a nie na to jakiej jest płci. Może wtedy wzrosłaby i liczba publikacji i cytowań, a laboratoria zamiast prowadzić politykę preferowania jednej płci nad drugą, po prostu dbałyby o to, by pracownicy czuli się w miarę dobrze, bez sztucznych podziałów i programowych ingerencji.

Judyta Juranek

Ilustracja: J. Howard Miller, 1942, Domena Publiczna

W trakcie przygotowania artykułu korzystałam z następujących źródeł:
1) Kobiety w Polsce http://www.stat.gov.pl/cps/rde/xbcr/gus/Kobiety_w_Polsce.pdf
2) Women, Minorities, and Persons with Disabilities in Science and Engineering: 2013
http://www.nsf.gov/statistics/wmpd/2013/pdf/nsf13304_full.pdf
3) Thirty-Three Years of Women in S&E Faculty Positions – http://www.nsf.gov/statistics/infbrief/nsf08308/
4) Women’s Share in the Labour Force by Science Occupation and Sex in Canada in 2006
http://www.catalyst.org/knowledge/women-sciences
5) Bibliometrics: Global gender disparities in science
http://www.nature.com/news/bibliometrics-global-gender-disparities-in-science-1.14321