Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
niedowiary - blog (szalonych) naukowców niedowiary - blog (szalonych) naukowców niedowiary - blog (szalonych) naukowców

30.06.2010
środa

Ból w plecach

30 czerwca 2010, środa,

Koniec weekendu objawił mi się bólem krzyża. Jako że niezbyt kojarzę sytuację, w której bym go mógł nadwyrężyć, pozostaje mi przyjąć, że wziął się on od nicnierobienia. To wniosek w sumie zbieżny z niektórymi mądrościami ludowymi mówiącymi, że lenistwo i błogostan zostają w końcu okupione cierpieniem. Mądrości ludowe jednak zwykle są sprzeczne, bo lenistwo i błogostan to składniki spokoju, nie bez powodu nazywanego wszak świętym. Człowiek chce świętego spokoju i robi wszystko, co może (łącznie z modłami), żeby uniknąć zaburzeń tej świętości spod znaku powietrza (czyt. chorób), głodu i wojny.

Co tam człowiek?! – toż i woda znajdując się np. 1000 m nad poziomem morza ma energię potencjalną wynikającą z oddziaływań grawitacyjnych z Ziemią, której chce się pozbyć za wszelką cenę, nie zważając na ewentualne wały, i płynie w dół. A w tym morzu pływają różne żyjątka i one też chcą świętego spokoju. Chcą sobie siedzieć na dnie morza nieniepokojone przez drapieżnika. Czasem następuje cud i drapieżnik znika. Tak stało się na paru przybrzeżnych siedliskach bodajże w Kalifornii, gdzie Robert Paine usunął wszystkie rozgwiazdy, będące głównym drapieżnikiem w swojej klasie. W ten sposób zespół dużych zwierząt bentonicznych zyskał święty spokój i nastąpiła sielanka, niemal taka, jaką zapewnili myśliwi, którzy wyeliminowali złego wilka z większej części Europy. Po kilku sezonach takiej sielanki okazało się jednak, że o ile przedtem zespoły zoobentosu liczyły po kilkanaście gatunków, o tyle po eksperymencie Paine’a ich różnorodność liczona liczbą gatunków spadła o połowę, a mierzona bardziej wymyślnymi wskaźnikami jeszcze bardziej, bo większość ocalałych gatunków była nieliczna. Zespół został zdominowany przez jeden gatunek omułka. Eksperyment ten pokazał, że presja drapieżnika owszem, dla ofiar oznacza ryzyko śmierci, ale jej brak prowadzi do niekontrolowanego wzrostu populacji ofiar, co zwiększa konkurencję i prowadzi do wyparcia słabszych konkurencyjnie gatunków. Tezę tę potwierdzono jeszcze nieraz. Przykładowo, w jeziorach pełnych ryb planktonożernych (a wszystkie ryby, no – z wyjątkiem rekinów – są planktonożerne, choćby w okresie tuż po wykluciu) występuje wiele gatunków zwierząt planktonowych, podczas gdy w jeziorach bezrybnych (np. niektórych stawach tatrzańskich) występuje ich tylko kilka (za to o większych rozmiarach). Skrajny przypadek ma miejsce w Wielkim Jeziorze Słonym, gdzie brak ryb, a cały zooplankton tworzy jeden gatunek – Artemia franciscana, a fitoplanktonu jest tak mało, że do niedawna nie potrafiono znaleźć jego przedstawicieli. Taki układ wymaga specyficznej aranżacji także w historii życiowej, bo świeżo wyklute potomstwo nie ma szans zdobyć pożywienia całkowicie wyjadanego przez dorosłych.

Święty spokój jednak jest w cenie. Jest on utrzymywany przez bardzo rozbudowane służby, np. leśników, strażaków itp. Kiedy w lesie pojawi się zaburzenie świętego spokoju takie jak pożar, wiatrołom albo gradacja fitofaga, służby te zrobią wszystko, by je wyeliminować i przywrócić stan pożądany. Im cenniejszy las, tym takie służby bardziej się starają. Lasy Yellowstone są bez wątpienia cenne, choćby jako świadectwo pierwszego w świecie bytu pod nazwą „park narodowy”. Przez sto lat funkcjonowania parku każdy pożar był tłumiony w zarodku. Las rósł pięknie i zdrowo. Jedyny szkopuł w tym, że jego stan, który miał być pierwotny i stały, coraz mniej przypominał ten z czasów powołania parku. W szczególności las się starzał i nie pojawiały się w nim młode drzewa. Wtedy do głosu doszli szaleńcy, którzy zaczęli przekonywać, że pożar to nie jest bicz Boży, ale naturalne zjawisko, które zawsze występowało i ekosystemy są do niego przystosowane. Powoływali się na badania stepów, które płoną co kilka-kilkadziesiąt lat nawet bez podpalania przez dzikusów i które po takich pożarach wykazują dużo większe bogactwo gatunkowe niż przed nimi. I w istocie, gdy pożarom pozwolono trwać, stan lasów Yellowstone zaczął znowu przypominać ten sprzed lat. Na wypalonych polanach przez pierwsze lata pojawiają się zbiorowiska kwietnych ziołorośli, żywica dotąd zasklepiająca szyszki sosen wytapia się uwalniając nasiona, a siewki sosen bardzo silnie światłożądne są w stanie utrzymać się nie ginąc od cienia rzucanego przez rodziców. Badania gleb wykazały, że przedparkowe Yellowstone przez wieki doświadczało małych, lokalnych pożarów co 20-25 lat i wielkoskalowych co jakieś 300 lat. W czasach penetracji przez białych nie było wielkiego pożaru, więc nie wiedziano, że Yellowstone sobie z takim czymś poradzi. Cykl trzystuletni się mniej więcej sprawdził, bo pożar obejmujący 1/3 parku wybuchł wreszcie w roku 1988. Mniej lub bardziej kontrolowane pożary stały się elementem gospodarki leśnej, czy raczej ochrony przyrody, w paru krajach. Tak się dzieje np. w skandynawskiej tajdze, która też dla naturalnego charakteru wymaga co jakiś czas strawienia przez pożar albo chociaż zalania przez bobrowe jezioro. Z kolei w krajach alpejskich przeprowadzane są kontrolowane powodzie. Ma to nie tylko wymiar ekologiczny, bo siedliska łęgowe wymagają podtopienia od czasu do czasu, ale i gospodarczy, bo wypuszczając wodę na łęgi, zapobiega się jej wylewaniu na siedziby ludzkie. O tym, jak wygląda to w Polsce, gdzie poldery powodziowe da się policzyć na palcach jednej ręki, lepiej nie pisać.

Hipoteza umiarkowanych zaburzeń jest bardzo obiecująca w przypadku tzw. paradoksu planktonu Hutchinsona. Paradoks ten polega na zaprzeczeniu zasadzie konkurencyjnego wypierania gatunków. Wydaje się, że pelagial jest na tyle jednolitym środowiskiem, że nie ma w nim zbyt wielu nisz ekologicznych, tymczasem można tam znaleźć setki gatunków. Tak jest, gdy owe zaburzenia występują. Kiedy robi się stabilnie – ciepło, żyźnie i bezwietrznie, jeden z gatunków zaczyna monopolizować zasoby, wypierając pozostałe i prowadząc do zakwitu wody. I w ten sposób zamiast czystej wody mamy śmierdzącą zupę – taki ból w krzyżu jako zapłata za wcześniejszy święty spokój. Na szczęście mój ból zniknął pierwszego dnia pracy.

Piotr Panek

Fot. MONGO (domena publiczna)

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 9

Dodaj komentarz »
  1. Byc moze lubimy spokoj od czasow kiedy eksperyment dinozaurow z nieduza, kontrolowana katastrofa sie nie udal?

  2. Jeżeli człowiek pojawił się na Ziemi, bo chciał samodzielnie odróżniać dobro od zła, to nie święty spokój jest pożądanym stanem, ale doświadczanie zarówno dobra, jak i zła (żeby je coraz lepiej rozróżniać). W tym kontekście to cierpienie jawi się jako motor rozwoju, nie unikanie cierpienia.

  3. Niezbyt wierzę w ten święty spokój Paine’a. Żeby zapewnić naprawdę *święty* spokój całemu środowisku musiałby usunąć również pomniejszych drapieżników, odfiltrować z wody wszystkie patogeny chorobotwórcze, itp. Wybiórcze działanie daje wybiórczy efekt. Omułki dostały święty spokój, inne organizmy niekoniecznie.

    Poza tym różnorodność gatunkowa spadła, ale w krótkim okresie czasu. Gdyby ekperyment trwał 1000 lat (albo jeszcze dłużej), być może rożnorodność uległaby odtworzeniu, tyle że w innym składzie gatunkowym.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Autor ma absolutna racje podkreslajac pozytywna role agresywnego podejscia do otoczenia. „Zyjmy niebezpiecznie” radzil Nietsche gdyz adresja i podporzadkowanie sobie sasiadow (w przypadku panstw) czy zapedzenie chlopow do roboty (w przypadku majatkow) sluzy dobrze obu stronom. Historia to potwierdza. Hiszpanscy odkrywcy Nowego Swiata byli zdrowsi psychicznie i fizycznie od wspolczesnych hiszpanskich zgnilkow, ktorzy nie potrafia sie zdobyc na to aby wyrzucic coraz bardziej bezczelnych muzulmanow z kraju, ktory istnieje zreszta tylko dzieki rekonkwiscie. Na sama mysl, ze cos takiego moze sie wydarzyc Karol Wielki dostalby ataku serca! Podobnie wspolczesni amerykanie sa tylko bladym (ale tlustym) cieniem twardzieli, ktorzy zlikwidowali indian aby umozliwic na tym terenie rozwoj cywilizacji bialego czlowieka. Bierzmy wiec pod uwage realia zycia zwlaszca, ze i przed Polska stoi problem odzyskania Kresow Wschodnich!

  6. @Bobolo,

    Kilka razy chciałem już o to zapytać, ale teraz nie wytrzymałem: dlaczego przy takich poglądach, że chwała silnym i zwyciężcom, jako nick wybrałeś sobie świętego, który zginął zamęczony we w gruncie rzeczy przegranej walce, czyli w Twoim obrazie świata należy do tych, którym się nie udało?

  7. @J.Ty.

    Istnieje cos takiego jak zwyciestwo zza grobu i Sw. Andrzej Bobola (tak jak i blog.J. Popieluszko) jest jednym z takich zwyciezcow. Obaj tez sa przykladem tego, ze maksyma „Zlo dobrem zwyciezaj” jest niepraktyczna mrzonka i nauka dla nas wszystkich, ze pardonu dawac nie nalezy.

  8. Autorze drogi, zastosowałeś piękny chwyt literacki i z normalnego zjawiska entropii uczyniłeś skłonność do błogiego spokoju. Ładne to jest i można sobie o tym pogadać w ramach utrzymywania higieny myślenia. Ale tak po prawdzie to jestem skłonny uznać to za takie żartobliwe nadużycie intelektualne. Ot.
    Z poważaniem W.

  9. @J.Ty.
    We wszystkich przykładach święty spokój miał jakiś podmiot – nie wiem, czym byłby święty spokój dla całego środowiska. No, może poza tym zminimalizowaniem energii potencjalnej.
    Omułki dostały święty spokój (owszem, od głównego drapieżnika, za to na pewno miały mniej świętego spokoju od konkurencji wewnątrzgatunkowej i pewnie pasożyty się wzmogły), ale istotne jest to, że cała biocenoza została przebudowana po wyeliminowaniu tylko jednego gatunku. To był jeden z podstawowych eksperymentów, dzięki którym ukuto pojęcie gatunku kluczowego. Kilkaset-tysiącletnie eksperymenty mamy w jeziorach – w tatrzańskich, gdzie jedne są bezrybne od tysiącleci, w innych ryby są od dawna, a kolejne zarybili górale kilkaset lat temu. W każdym z tych typów skład biocenozy, a także zachowanie (wędrówki dobowe), zooplanktonu są nieco inne. A propos LPU, to właśnie opis tej sytuacji w Nature jest najkrótszą, choć najbardziej prestiżową publikacją Z.M. Gliwicza. No i ten przykład z Wielkiego Jeziora Słonego, które jest pozostałością polodowcowego jeziora Bonneville, więc ma parę tysięcy lat historii. Jeziora są mniej lub bardziej izolowane – natomiast na miejsce usuniętego przez Paine’a Pisaster pewnie niedługo przymigrowałby inny drapieżnik.

  10. Wojtku, oczywiście, że to chwyt literacki. Blog to forma literatury, więc chwyty literackie są nieodzowne.
    Nie mam ambicji do odsłaniania jakichś niezwykłych powiązań mikro- i makrokosmosu. Po prostu znajduję analogie, a te są zawsze mniej lub bardziej naciągane. Miło by mi było, gdyby były frapujące, ale nie ukrywam, że tu w istocie bardziej mi chodzi o tę, jak ująłeś, higienę myślenia, niż o przełomowe odkrycie metafizyczne. Chodzi mi o to, by łatwo się czytało, przyswoiło trochę wiedzy i ewentualnie sprowokowało do jakichś przemyśleń.

    A do rozładowywania energii i stabilizacji może jeszcze wrócę w jakimś wpisie…

css.php