Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
niedowiary - blog (szalonych) naukowców niedowiary - blog (szalonych) naukowców niedowiary - blog (szalonych) naukowców

29.04.2013
poniedziałek

Przyczółki

29 kwietnia 2013, poniedziałek,

Brytyjscy ornitolodzy opublikowali niedawno w Proceedings of the Royal Society B wyniki analizy kolonizacji ich wyspy przez ptaki (doi: 10.1098/rspb.2012.2310). Chodzi tu o kolonizację naturalną, bez bezpośredniego działania człowieka. W kilku zaś przypadkach jest to po prostu rekolonizacja po latach lokalnego wymarcia.

Wyspy Brytyjskie są bardzo silnie kolonizowane przez obce gatunki. W znacznej mierze wynika to z nastawienia jej mieszkańców do podróży w bardzo różnych celach. Wracające z Ameryki, Afryki, Australii czy Indii (albo choćby wcześniej z wojny stuletniej) statki wypełnione były najróżniejszymi towarami i łupami. Między nimi znajdowały się mniej lub bardziej egzotyczne organizmy. Gatunki te cieszyły oko w ogrodach, a następnie albo były wypuszczane przez niefrasobliwych właścicieli, albo wymykały się wbrew ich woli. Dotyczy to także ptaków. Dziś w Londynie jest kilka tysięcy aleksandrett obrożnych, pierwotnie afrykańsko-indyjskich papug.

Wiele gatunków jednak kolonizuje Wyspy Brytyjskie bez pomocy statków. Są to gatunki pochodzące zza Atlantyku lub z kontynentalnej Europy. Wśród tych są zarówno gatunki północnoeuropejskie, które od zawsze zalatywały na te tereny, a niektóre żyły całkiem nieźle, dopóki człowiek nie zaczął im sie dawać we znaki, jak również śródziemnomorskie, które wykorzystując ocieplenie klimatu (ptaki są niepiśmienne i nie potrafią czytać licznych artykułów negujących to zjawisko, więc pozostaje im zdawanie się na obserwowalne fakty) przesuwają swój zasięg na północ.

Autorzy artykułu przeanalizowali dane od lat 60. XX w. W tym czasie gatunkami od dawna niewystępującymi w Wielkiej Brytanii były np. żuraw, łabędź krzykliwy czy gągoł. Analizowali miejsca pojawiania się, ale przede wszystkim lęgów (ptaki mają to do siebie, że – czasem niesione nie tyle ciekawością, ile po prostu wiatrem – zalatują w różne miejsca, gdzie rzadko zagrzewają miejsce – przykładem mogą być pojawiające się rzadko w Polsce sępy czy niektóre gatunki z Kanady) nowych i powracających gatunków. Chodziło bowiem nie tyle o samo pojawianie się efemerycznych populacji, mniej lub bardziej przypadkowych, ile o badanie nowych populacji trwałych. W tej pracy skupili się natomiast na statusie miejsca lęgu – chronionym lub nie. Ograniczyli się również do gatunków mokradłowych.

Okazało się, że w zasadzie wszystkie nowe gatunki jako przyczółek nowego terenu wybierały obszary chronione. W niektórych przypadkach przez długi okres sięgało to stu procent. Przykładowo, tak zachowywał się żuraw od początku swojego powrotu na przełomie lat 70. i 80. aż do początku XXI w., podczas gdy czapla nadobna juz po dekadzie od kolonizacji mniej więcej połowę kolonii zakładała poza obszarami chronionymi. To ostatnie dowodzi, że nie da się tego zjawiska skwitować stwierdzeniem, że w Wielkiej Brytanii jedyne nadające się do lęgów mokradła pozostały tylko na obszarach chronionych. Natomiast autorzy zaznaczają, że ważne są dodatkowe informacje – np. gągoły to kaczki dziuplaste i całkiem nieźle dają sobie radę w miejscach niechronionych, byle znalazły tam odpowiednie budki lęgowe.

Oczywiście, to nie prawny status decyduje o wyborze ptaków przyczółka kolonizacji. Pokazuje to natomiast, że – przynajmniej w Wielkiej Brytanii – obszary chronione są najczęściej najbardziej dogodne do lęgów. Ptaki w nich są mniej niepokojone, co pozwala na budowę populacji na tyle trwałej, by kolonizować kolejne, mniej przyjazne tereny. Odsłania to kolejną cechę tych obszarów. Może niezbyt zaskakującą, ale czasem trzeba pewne intuicje zweryfikować. Z drugiej zaś strony, takie obszary mogą być przyczółkami nie tylko gatunków, których obecność traktuje się z radością lub obojętnością, ale też dla gatunków inwazyjnych. Autorzy zaznaczają, że gatunki inwazyjne raczej znajdują przyczółki w miejscach silnie przekształconych (jak chociażby wspomniane aleksandretty w parkach), ale moim zdaniem niektóre, zwłaszcza wikarianty, na pewno dobrze czułyby się i na obszarach chronionych. Tu pozostaje mieć nadzieję, że ich populacje na obszarach takich – o większym natężeniu ornitologów – będą też lepiej kontrolowane.

Piotr Panek

Rys. Alicja Leszyńska

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 2

Dodaj komentarz »
  1. Mam nadzieję, że pojmuję powody dla których obserwacje i wnioski z nich dotyczą terenów lęgowych. Mam jednak małą wątpliwość czy są to wnioski uniwersalne. Ptaki budują gniazda raczej w miejscach nie niepokojonych acz nie zawsze. Gniazda jaskółek pod gzymsami bloków w osiedlach były dość popularne. Ostatnio mniej bo pewnie spaliny wydusiły muchy. Ale migracja ptaków do miast się chyba nasila. Tej zimy do karmika ze słonecznikiem i do wiszącej słoniny na 4 piętrze przylatywały oprócz kawek i sikorek, wróble, szpaki, czyżyki, dzwońce, dzięcioł, para kosów(!), para grubodziobów, kania ruda(zjadała czyżyki) i w takim samym celu jastrząb. Nie wszystkie te ptaki gniazdują masowo w mieście a jeśli to na terenach specyficznych, np. ogrodzony i zalesiony plac zabaw (dzięcioł). Zatem obserwacja tylko miejsc lęgowych może być nie do końca pełna.
    Z poważaniem W.

  2. @ Wojtek
    Jak zwykle w biologii. Na pojedynczym badaniu teorii się nie wypracuje. Dopiero wiele badań razem tworzy spójną całość.

css.php