Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
niedowiary - blog (szalonych) naukowców niedowiary - blog (szalonych) naukowców niedowiary - blog (szalonych) naukowców

18.07.2012
środa

Pionier

18 lipca 2012, środa,

Dwa miesiące temu zmarł profesor Zbigniew Podbielkowski. Według współczesnych kryteriów scjentometrycznych pewnie nie trafiłby do czołówki, bo publikował raczej podręczniki niż artykuły na listę filadelfijską, ale mimo to – parafrazując pewien typ literatury biograficznej – odszedł w opinii wybitności.

Ostatni raz spotkałem go jakiś czas temu, w okolicach wydania tomiku jego wierszy. Był wtedy wciąż żywotny i miał wciąż pomysły na temat badania historii użytkowania roślin. Wcześniej nie miałem zbyt wielu okazji do spotykania go, mimo że był niekwestionowanym liderem zespołu, w którym się znalazłem w związku z moim doktoratem. Od kilkunastu lat był już na emeryturze i nie załapałem się na jego wykłady nawet jako student, dlatego trudno mi samemu ocenić, czy był wartościowym dydaktykiem z punktu widzenia menadżera uczelni, któremu zależy na nauczycielach akademickich raczej przyciągających studentów i idące z nimi pieniądze, niż kształcącego kolejne pokolenia naukowców. Patrząc jednak na moich starszych kolegów, czy mentorów (z których niektórzy też już są na emeryturze), jestem pewien, że dydaktykiem musiał być świetnym, zarażając wychowanków kolejnymi swoimi pasjami. Jako botanik o zacięciu praktycznym przygotował sześciojęzyczny „Słownik roślin użytkowych”. Aspekty te podkreślał też w innych swoich książkach – w czasach PRL, kiedy o sushi nie wiedziano niemal nic, w jego „Glonach” cały rozdział poświęcony był kulinarnemu wykorzystaniu tej grupy organizmów. Pojęcie użytkowości w jego podejściu nie ograniczało się jednak tylko do sfery cielesnej, ale i duchowej, czy przynajmniej estetycznej. Dzięki temu jego wychowankowie, zwłaszcza Halina Galera i Barbara Sudnik-Wójcikowska rozwijają dziś badania nad obecnością roślin w sztuce czy w ogóle kulturze, a kolejni przypominają, że jeszcze dwieście lat temu w Polsce wykorzystywano kulinarnie kilkadziesiąt razy więcej roślin niż dziś. Barbara Sudnik-Wójcikowska ponadto godnie przejęła jego umiejętności florystyczne, które są niezbędne przy badaniu inwazji obcych gatunków czy synantropizacji. Jego notatki florystyczne z Warszawy i okolic lat powojennych są świetnym archiwum pozwalającym na śledzenie interakcji miasto-roślinność. Przy okazji badania tych interakcji rozwinęła się jego kolejna specjalizacja – przystosowania roślin do środowiska, którą rozwijał w dwóch kierunkach – ekologicznym i (fito)geograficznym. W tej materii przejął pałeczkę po profesorze Szaferze, a jego opracowania dotyczące geografii roślin do dziś są najważniejszymi pozycjami w polskiej literaturze tematu. W czasach PRL nie mógł odbywać zbyt wielu ekspedycji naukowych po rozmaitych regionach, ale udało mu się prowadzić badania w radzieckim Turkiestanie, co stało się tradycją trwającą do dziś, żeby wspomnieć kolejną, zeszłoroczną wyprawę naukowców z Instytutu Botaniki UW w tamte rejony. Ekologia interakcji roślina (glon)-środowisko z kolei zainspirowała jego wychowanków z Henrykiem i Grażyną Tomaszewiczami i Stanisławem Kłosowskim na czele do stworzenia niemal od podstaw polskiej szkoły fitoindykacji siedlisk wodnych i mokradłowych. Tak jak inny wybitny botanik Instytutu Botaniki UW, śp. prof. Janusz Faliński popchnął do przodu ekologię ekosystemów leśnych, odrywając ją od – bądźmy szczerzy – nieco tartacznych tradycji nauk leśnych, tak prof. Podbielkowski zainicjował całą tradycję ekologii siedlisk nieleśnych, którą w najmłodszym pokoleniu naukowców świetnie realizuje choćby Paweł Pawlikowski. Ten duch w pewnym sensie zainspirował nawet powstanie pewnego odłamu ruchów ekologicznych mających na celu ochronę mokradeł. Podbielkowski postulował ochronę cennych podwarszawskich bagien jeszcze jako początkujący naukowiec na przełomie lat 50 i 60. Oczywiście, w czasach tych gdy rozważano wybudowanie nad Biebrzą elektrowni opalanej torfem, a melioracja była jednym z wyznaczników postępu, takie apele odnosiły skutek żaden. Bagna te osuszono, a kiedy po kilkunastu, może kilkudziesięciu latach jako takiego użytkowania okazało się, że traci to jakikolwiek sens ekonomiczny, zostawiono odłogiem te tereny, które straciły walory tak gospodarcze, jak i przyrodnicze. Dopiero teraz mozolne zabiegi (o ironio, w dużej mierze wykonywane przez ludzi z dawnego instytutu melioracji) renaturyzacyjne próbują choć trochę odwrócić tę, przewidzianą przez Podbielkowskiego, stratę.

Szerokie zainteresowania, od algologii po ekologię suchorośli, od roślin spożywczych, po rośliny mięsożerne, od ekologii miasta po roślinność kuli ziemskiej, umiejscawiały Podbielkowskiego raczej wśród tradycyjnych uczonych niż nowoczesnych naukowców. Niestety, trudno zajmować się czymś i szeroko, głęboko (w ekologii nazywamy to zasadą alokacji). Jego nazwiska nie znajdziemy więc przy żadnym gatunku glona czy rośliny, bo tworząc podręczniki botaniczne nie odkrył nowych. Jego nazwiskiem nie nazwano żadnej zasady ekologicznej, bo zajmując się porządkowaniem różnych systemów, nie odkrył zupełnie nowej. Jego systemy geograficznych jednostek roślinnych pewnie w dobie ekspansji systemu ekoregionów WWF za jakiś czas mogą ulec zapomnieniu. Niemniej, profesor Podbielkowski był osobistością, która ukształtowała pokaźny kawałek polskiej ekologii roślin, hydrobotaniki, geobotaniki. Osobie z pokolenia Kolumbów, praktycznie całe życie naukowe prowadzącej w PRL, nie zależało na publikacjach w Nature i Science. Swoje książki wydawał nie tylko w PWN, ale też w wydawnictwach szkolnych czy rolniczych, a od kiedy stało się to możliwe, nawet w kolorowych wydawnictwach albumowo-popularyzatorskich. Uważał, że z popularyzacją wiedzy przyrodniczej trzeba sięgać jak najszerzej. Dlatego zamiast jego nazwisk wyrytych gdzieś w podręcznikach wymieniłem kilka nazwisk jego wychowanków, które będąc znane wśród specjalistów, są właśnie jego naukowym pomnikiem.

Urodził się w Ostrowi Mazowieckiej. Wiele badań florystycznych prowadził między Radzyminem a Celestynowem, a uroczystości pogrzebowe odbyły się na Gocławiu, więc wiąż był związany z prawym brzegiem Wisły, jednak Powązki leżą na jej lewym brzegu, przez co ostatecznie trafił na jej zachodnią stronę.

Piotr Panek
fot. Piotr Panek

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 5

Dodaj komentarz »
  1. Ładnie napisane.

  2. Ha. Rzeczywiście ładnie napisane. W związku z fragmentem wspomnienia, czy mogę odwołać się do wpisanej w pracę naukowca rolę popularyzatorską i zadać nastepujące pytanie?
    Napisał Gospodarz o badaniu „inwazji obcych gatunków”. Celnicy amerykańscy strasznie poważnie podchodzą do przywożenia do USA wszelkich roślin lub/i ich nasion. Podróżnym o istnieniu ograniczeń w tym zakresie przypominają różne druczki wręczane na pokładach samolotów i na lotnisku. Jest się także pytanym o odwiedzanie gospodarstw rolnych, chociaż to to chyba ma bardziej związek z chorobami zwierząt, ale nie jestem całkiem pewien.
    Podczas przekraczania polskiej granicy żadne podobne procedury nie rzuciły mi się w oczy.
    Jaka wygląda z punktu widzenia biologa martwiącego sie „inwazją obcych gatunków” posłanie przez polonusa rodzinie w Polsce nasion lub sadzonek jakiegoś amerykańskiego zielska, „bo są takie ładne”?

  3. Co do zasady, to przesyłaniu nasion mówię „Nie”. Oczywiście, kiedy polega to na tym, że jakiś leśnik z fantazją posadzi sobie wokół leśniczówki metasekwoję i araukarię, to najprawdopodobniej nie będzie z tego tragedii, ale zbyt wiele było przypadków, gdy obce gatunki wymykały się spod kontroli i stawały się inwazyjne. Czasem to jest dla ekosystemu mało uciążliwe, do pewnego stopnia można nawet uznać za swoiste wzbogacenie, bo kto będzie teraz krzywo patrzył się na poczciwy tatarak czy kasztanowca. Takie jednak przypadki, gdy obcy gatunek znajduje sobie malutką niszę w ekosystemie niespecjalnie mu robiąc szkody są rzadkie. Częściej jest tak, że z jakichś względów w nowym miejscu roślina zaczyna się plenić tak, że dla rodzimych gatunków zaczyna brakować miejsca. Nagle okazuje się, że idąc do lasu zamiast spotkać w runie przylaszczki, zawilce (kilku gatunków), kokoryczki, kopytniki, miodunki, złocie, ziarnopłony, czartawy, żywce, szczawiki i in., napotykamy łany niecierpka drobnokwiatowego i tyle albo nurkując w jeziorze zamiast kilkunastu gatunków ramienic, rdestnic, włosieniczników, wywłócznika, żabieńca i in., widzimy łąkę moczarki kanadyjskiej, a z kolei nad tym runem zamiast kilkunastu gatunków wierzb, topoli, jesionu, wiązów, olchy, czeremchy, czereśni, derenia, kaliny mamy zarośla klonu jesionolistnego i robinii akacjowej z siatką kolczurki (a każdy gatunek jest gospodarzem kolejnych gatunków, które wypadają z gry razem z nim).
    Czasem to może być ciekawostka, kiedy w zespole jezior licheńskich, które ze względu na funkcję chłodnicy dla elektrowni konińskich mają zawsze ciepłą wodę, przez co dziś żyją w nich gatunki akwariowe, które jednak z oczywistych względów raczej z trudem przeniosą się dalej. Czasem okazuje się zaś, że obce gatunki zajmują miejsce niespecjalnie już nadające się dla gatunków rodzimych, np. tamaryszki rosnące przy wyciekach z instalacji fabryk sodowych czy na trawnikach miejskich co zima zasilanych potężną dawką soli. Bardzo często tacy uciekinierzy z ogródków też mają problemy z aklimatyzacją i giną bez śladu. Jednak samo ich sprowadzanie i hodowanie powinno być bardzo kontrolowane. W Polsce to nie ma aż takiego znaczenia ekonomicznego (choć pewne ma), ale np. inwazje tzw. hiacynta wodnego to w niektórych krajach problem mający wymiar tysięcy dolarów.

    Oczywiście, flory różnych regionów mieszały się i będą się mieszać. I nie tylko o uciekinierów z ogródków chodzi. Nieprzypadkowo najwięcej obcych gatunków znajduje się przy portach i drogach wszelkiego rodzaju. Nasiona przenoszone w wodzie balastowej czy choćby na podeszwach butów mają naprawdę dużą żywotność.

    Pisząc powyższe skupiałem się na roślinach. O zwierzętach dałoby się napisać drugie tyle.

  4. Dziekuję za wyjaśnienia.

    ——————————————————————————

    Za stroną:
    http://www.cbp.gov/xp/cgov/travel/vacation/sample_declaration_form.xml

    widać, jak Amerykanie do tego podchodzą.

    „11. (…) Are you bringing with you:

    a. fruits, plants, food, or insects?
    b. meats, animals, or animal/wildlife products?
    c. disease agents, cell cultures, or snails?
    d. soil or have you visited a farm/ranch/pasture outside the United States?

    12. (…) Have you or any family members traveling with you been in close proximity of (such as touching or handling) livestock outside the United States?

    —————————————————————————-

    Czyżbym rzeczywiście był aż taką ofermą, że przy kilkudziesięciu przekroczeniach polskiej granicy nie zauważyłem podobnych formularzy? Z pewnością nigdy nikt mi ich nie dawał do wypełnienia na pokładzie samolotu, czyli tak jak to się dzieje lecąc w odwrotna stronę.
    A zatem dlaczego USA o tyle bardziej starają się zapobiegać woloamerykance w przewozie zwierzat i roślin a Polski wydaje się ten problem wcale nie obchodzi. Poza oczywiście gatunkami chronionymi, bo akurat o zakazie ich przewożenia jest dużo informacji na polskich lotniskach.

  5. Ostatnią, którą pamiętam, próbą walki z przenikaniem obcych gatunków przez nasze granice było mycie rąk, podeszw i opon na przejściach granicznych. Chyba koło 2003 roku przy okazji bodajże ptasiej grypy. A walka z obcymi gatunkami wygląda jak z barszczem Sosnkowskiego. Jak kogoś poparzy, to wycinają. I następnego roku znowu rośnie

css.php